11/04/2013

The Mother Road. Begin.

Pogoda postanowiła się zlitować. Co prawda szału nie ma, temperatura spadła, ale deszcz ustał. Odebraliśmy naszego srebrnego Voyagera i postanowiliśmy zaliczyć jeszcze Sky Deck czyli taras widokowy w Willis Tower (dawniej Sears). 103 piętro. Fota za fotą. Panoramy miast to moja miłość. Nawet brak słońca nie przeszkadzał. Nie można mieć wszystkiego. Jedynie irytujące były wycieczki licealistów przez których musieliśmy stać w kolejce do przeszklonych (z podłogą!) balkonów, które wystawały z elewacji budynku. Przedziwne uczucie. Ciężko było postawić stopę na szklanej podłodze, gdy pod Tobą ponad ponad 440m. Było warto.

Willis Tower. 103 piętro. 

Czas na początek podróży. Przy ulicy Adams i Michigan wtopiła się niepozorna tabliczka na oblepionym wlepkami słupie - ROUTE 66. BEGIN. Pierwsza sesja zdjęciowa w historycznej chwili ;-). Buckle up! Pierwsza godzina minęła nam na studiowaniu instrukcji obsługi samochodu, składania foteli, szukania najwygodniejszej pozycji, obsługi radia i wielu innych. Przystanek pierwszy Joliet. Małe miasteczko, trochę wyludnione, ale urocze. Jeszcze nie wiedzieliśmy jak się poruszać w rytm Route 66, w dodatku tak słabo oznakowanej. Nie wiem dlaczego po przeczytaniu miliona informacji przed podróżą moje wyobrażenie było takie, że droga jest szeroka i przede wszystkim prosta i łatwa w obsłudze. Ubzdurałam też sobie, że tak kultowa droga, o której pisze się piosenki i która jest bohaterem miliona filmów, seriali, książek itp. będzie oznakowana kolejnym milionem wielkich znaków drogowych widocznych z kosmosu. Tymczasem widać je było ledwo z kilku metrów! Cała teoria ma legła w gruzach;). Mikroskopijne znaki, w dodatku nie wszędzie, co rusz zakręty, koniec drogi bez ostrzeżenia;). Naprawdę ciężko przygotować się do jazdy. Nawet szczegółowe mapy nie pomagają. Przez ten pełen freestyle zastała nas ciemność i kilka punktów na drodze musieliśmy pominąć. W Joliet pierwsze punkty charakterystyczne: plastikowi Panowie z Blues Brothers, stare dystrybutory paliwa...dotarliśmy w końcu do muzeum Route 66 (po drodze nawet zapytany o drogę tubylec nie wiedział, że takie jest ;-). Pierwsze pamiątki, mapy, foldery. Nabraliśmy pewności, że teraz pójdzie jak z płatka. Okazało się, że nie do końca :). Od tego kręcenia w kółko zgłodnieliśmy. Pani ze sklepu poleciła nam knajpkę McBrody's. Pustka. Przy barze ze 2 osoby. Ciężko uwiezyć, że to popularne miejsce. Zamówiliśmy hamburgery, wrapy, wszystko oczywiście w rozmiarze XXL. Tu się nie da zjeść posiłku w normalnych rozmiarach. Ostatni punkt Joliet to więzienie Fox River (to z Prison Break i Blues Brothers). Cicho, głucho, pusto. Znowu. Fota i w drogę. Nasza trasa wiła się wśród osiedli domków z sidingu, z lewej strony autostrady, za chwilę z prawej i tak non stop. Jeszcze pod wpływem jet lag padaliśmy ze zmęczenia. St. Louis. Dziś nocleg w Super 8. Przeżycie godne średniej klasy sensacji amerykańskiej produkcji z motelem w tle. Przywitała nas Pani o błędnym wzroku bohaterki z miasteczka Twin Peaks, o sztucznych rzęsach długości mojego kciuka. Pokoje hmmm w klimacie lat 80 z unoszącą się mieszanką zapachów papierosów i wilgoci. Nie wiem czemu, ale przypomniały mi się słowa piosenki The Eagles "Hotel California"...ciekawe przeżycie;). Dziś pokonaliśmy ok.500 km. Jutro ponad 500 mil. Zapowiada się wspaniała podróż. Cel: Oklahoma City. 



















2 komentarze:

  1. Ciesze się, że jesteście szczęśliwi, cali i zdrowi. Śledzę relacje w Polsce!
    Janusz.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie ma jak miasto widziane z góry - też lubię Aga! :-)
    Rozmiar XXL jest przerażający... litrowe kubki z Coca Colą zrobiły na mnie pamiętam dość duże wrażenie!

    OdpowiedzUsuń