Co jakiś czas pogoda dawała nam nadzieję, że deszcz nas opuścił, ale okazało się, że parasol był w ciągłym stanie gotowości. Zebranie zrobiliśmy o 8 rano. Zaspani z Mironem zastaliśmy w lobby Kasię i Kamila już po śniadaniu, a co lepsze po bieganiu (!?!?). Przypomnę, że "pogoda pod psem" to delikatne określenie dla aury, którą przyszło nam znosić. Amerykańskie bajgle z cream cheese i gorąca kawa okazały się porannym błogosławieństwem. Ok, zaciskamy zęby, udajemy, że nie pada i w drogę na downtown (dobrze, że chociaż jest ciepło). Kilka punktów obowiązkowych, czyli wszechobecne drapacze chmur wymuszające zadzieranie głowy wyżej niż zazwyczaj i rozdziawienie buzi szerzej niż zazwyczaj. Piękne rzeźby znanych artystów jak Mirò czy Picasso w holach drapaczy zachęcały do zajrzenia choćby na chwilę. Czas goni. Czas na poszukiwanie 'gluta' czyli nazwanej przeze mnie fasolki (the bean), a dokładniej Cloud Gate w Millennium Park czyli charakterystycznego punktu Chicago. Gluta często widać w filmach i serialach w przerywnikach między kolejnymi scenami ( tak jak łódzkie lofty w Komisarzu Aleksie;). Dookoła Gluta sceneria pięknie mieniących się jesiennymi kolorami drzew. Ponad ich horyzontem wyrasta panorama drapaczy chmur, które sięgały chmur, a ich czubki co chwila znikały w nich. W Millennium zahaczyliśmy jeszcze o takie punkty z przewodników jak Grat Lown, The Crown Fountain (interaktywne fontanny "żywych" twarzy). Nie załapaliśmy się tylko na dosłownie płynący potok z ich ust. Ponownie - czas goni. Wracając do centrum przegryźliśmy coś "na rogu". Chocolate chip cookie, sernikobrownie, brownie...Kocham amerykańskie słodycze! Cas na Jackowo. Dalej w deszczu przemierzamy puste ulice. Podobno polską dominację w tej enklawie wypiera meksykańska, co szczerze mówiąc widać na każdym kroku. Spodziewałam się tłumów rodaków i krzyczących polskich napisów ze sklepowych witryn. Może tak akurat trafiliśmy. Nagle oczom naszym ukazał się neon Żywca, krzyknęliśmy "oo!" I weszliśmy do środka. Lekki zapach stęchlizny, żadnej żywej duszy, ciemno...usiedliśmy przy barze, barmanka poczęstowała nas słodyczami dla dzieci na Haloween i przyniosła 4 polskie piwa. Okazało się, że ma polskie korzenie, pochodzi z Ukrainy i osiedliła się tu na stałe. Posileni wróciliśmy do hotelu. Przed nami mecz. Go Bulls!

Michigan Avenue. Chicago.
"The Bean". Millennium Park. Chicago.
Millennium Park. Chicago.
Edelweiss. Jackowo. Chicago.
Jako dobrze zapowiadająca się (kiedyś) koszykarka ;) i fanka Chicago Bulls za czasów Jordana (miałam nawet czapkę!!;) nie mogłam doczekać się meczu. Jednak podekscytowanie sięgnęło zenitu u Kamila, który jest ortodoksyjnym wyznawcą koszykówki :). Zresztą wszyscy czekaliśmy na ten wieczór. Do centrum przyjechał specjalny autobus uruchamiany na czas meczów. Poznaliśmy go po napisie GO BULLS! zamiast numeru linni. United Center mieniło się w barwach czerwono - czarnych. Jordan, Pippen, Rose...klon klona poganiał w kolejkach do hot-dogów, nachosów i Budwisera. Wejście na stadion zrobiło wrażenie podobne jak pierwsze wejście na narodowy. Wow! Jeszcze piwko w holu z Anią i Kubą i wróciliśmy na miejsca. Kamil znalazł bratnią duszę koszykarską miejsce obok. Pełne zrozumienie, miłość do NBA, emocje...Tak się rodzą prawdziwe przyjaźnie. Na koniec Kamil obdarował nowego przyjaciela wygranym kuponem na darmowego donuta, co przypieczętowało ich przyjaźń. Choć nie znają swoich imion, nigdy o sobie nie zapomną ;). Sam mecz genialny. Amerykanie umieją tworzyć atmosferę, cieszyć się nią na maksa i zarażać innych (nas). 22 tysiące czerwonych pałek, muzyka DJa na żywo, animacje, cheerleaders, konkursy sponsorów, koszulki dla publiki, spadające "z nieba" na mini spadochronach lub wystrzeliwane z armat koszulki, dowcipne filmiki z udziałem Bulls'ów, bycze maskotki przekomarzające się z ochroniarzami, pokazy akrobacji, bycza orkiestra, pomiędzy tymi atrakcjami 4 kwarty walki Chicago Bulls vs. New York Knicks. 3 kwarty przewagi Bullsów, a tego, co się działo w ostatniej nie sposób opisać. Jak na filmach. Ostatnie 5 sekund z wynikiem 81:81. Szkoda, że razem z głośnością publiczności nikt nie mierzył teraz ciśnienia i pulsu. Mecz zakończył Rose rzutem za 2. SZAŁ! Dziki SZAŁ! Genialne przeżycie. Kolejne za 2 tygodnie. Jet Lag znów wygrywa. Emocje opadły (troszkę). Na autopilocie jedziemy do hotelu.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz