Willis Tower. 103 piętro.
Czas na początek podróży. Przy ulicy Adams i Michigan wtopiła się niepozorna tabliczka na oblepionym wlepkami słupie - ROUTE 66. BEGIN. Pierwsza sesja zdjęciowa w historycznej chwili ;-). Buckle up! Pierwsza godzina minęła nam na studiowaniu instrukcji obsługi samochodu, składania foteli, szukania najwygodniejszej pozycji, obsługi radia i wielu innych. Przystanek pierwszy Joliet. Małe miasteczko, trochę wyludnione, ale urocze. Jeszcze nie wiedzieliśmy jak się poruszać w rytm Route 66, w dodatku tak słabo oznakowanej. Nie wiem dlaczego po przeczytaniu miliona informacji przed podróżą moje wyobrażenie było takie, że droga jest szeroka i przede wszystkim prosta i łatwa w obsłudze. Ubzdurałam też sobie, że tak kultowa droga, o której pisze się piosenki i która jest bohaterem miliona filmów, seriali, książek itp. będzie oznakowana kolejnym milionem wielkich znaków drogowych widocznych z kosmosu. Tymczasem widać je było ledwo z kilku metrów! Cała teoria ma legła w gruzach;). Mikroskopijne znaki, w dodatku nie wszędzie, co rusz zakręty, koniec drogi bez ostrzeżenia;). Naprawdę ciężko przygotować się do jazdy. Nawet szczegółowe mapy nie pomagają. Przez ten pełen freestyle zastała nas ciemność i kilka punktów na drodze musieliśmy pominąć. W Joliet pierwsze punkty charakterystyczne: plastikowi Panowie z Blues Brothers, stare dystrybutory paliwa...dotarliśmy w końcu do muzeum Route 66 (po drodze nawet zapytany o drogę tubylec nie wiedział, że takie jest ;-). Pierwsze pamiątki, mapy, foldery. Nabraliśmy pewności, że teraz pójdzie jak z płatka. Okazało się, że nie do końca :). Od tego kręcenia w kółko zgłodnieliśmy. Pani ze sklepu poleciła nam knajpkę McBrody's. Pustka. Przy barze ze 2 osoby. Ciężko uwiezyć, że to popularne miejsce. Zamówiliśmy hamburgery, wrapy, wszystko oczywiście w rozmiarze XXL. Tu się nie da zjeść posiłku w normalnych rozmiarach. Ostatni punkt Joliet to więzienie Fox River (to z Prison Break i Blues Brothers). Cicho, głucho, pusto. Znowu. Fota i w drogę. Nasza trasa wiła się wśród osiedli domków z sidingu, z lewej strony autostrady, za chwilę z prawej i tak non stop. Jeszcze pod wpływem jet lag padaliśmy ze zmęczenia. St. Louis. Dziś nocleg w Super 8. Przeżycie godne średniej klasy sensacji amerykańskiej produkcji z motelem w tle. Przywitała nas Pani o błędnym wzroku bohaterki z miasteczka Twin Peaks, o sztucznych rzęsach długości mojego kciuka. Pokoje hmmm w klimacie lat 80 z unoszącą się mieszanką zapachów papierosów i wilgoci. Nie wiem czemu, ale przypomniały mi się słowa piosenki The Eagles "Hotel California"...ciekawe przeżycie;). Dziś pokonaliśmy ok.500 km. Jutro ponad 500 mil. Zapowiada się wspaniała podróż. Cel: Oklahoma City.






Ciesze się, że jesteście szczęśliwi, cali i zdrowi. Śledzę relacje w Polsce!
OdpowiedzUsuńJanusz.
Nie ma jak miasto widziane z góry - też lubię Aga! :-)
OdpowiedzUsuńRozmiar XXL jest przerażający... litrowe kubki z Coca Colą zrobiły na mnie pamiętam dość duże wrażenie!