12/04/2013
The only one California 1.
Na śniadanie wybraliśmy miejsce niedaleko hotelu, które
przykuło naszą uwagę dzień wcześniej, a raczej kolejki jak na otwarcie
Biedronki. Biedronka to nie była, Media Markt też nie, więc może to miejsce z
serii 'tu można dobrze zjeść'. Nasze ranne ptaszki joggingowe przetestowały, o
której wschodzi słońce, więc na śniadanie pobiegliśmy jak jeszcze reszta LA
przewracała się na drugi bok. Pantier - tak nazywała się śniadaniownia.
Przywitał nas standardowy napis 'wait here for sitting'. Grzecznie czekaliśmy więc
na obsługę rozglądając się z ciekawością. Trochę klimat naszych barów
mlecznych, krzątające się kelnerki z dzbankami 'kawyzdolewką', dźwięk
przerzucanych talerzy i stukających o stoły kubków, rozmowy poranne
prawdopodobnie o sprawach wagi najwyższej. Mój wzrok przykuła kasa, tuż przy
wejściu, a raczej okratowana budka, w środku kasjerka przyjmująca kolejne dolce
i oferująca kubek, koszulkę i inne gadżety z logo Pantier. Kolejny dowód na to
jak USA potrafi robić biznes, nawet na śniadaniach. Trochę jak kasa w Centralu
z dawnych lat, gdzie szło się z paragonem, by zaraz wrócić po odbiór towaru. Z
tą różnicą, że Pani w Pantier była uśmiechnięta i płaci się po spożyciu towaru.
To musi być kultowe miejsce, bo ściany uginają się od zdjęć sławnych ludków z
ostatnich 90!!! lat. Z drugiej strony to LA, więc wydawałoby się, że to nic
dziwnego, sławni ludzie też jedzą śniadania, a tu w LA jest ich wyjątkowo
sporo. Od 1923 roku czynne non stop. Co do samego śniadania było warto.
Szczególnie, że nie czekaliśmy długo mimo miliona zajętych stolików. Gorzej
mieli Ci, co przyszli 10 min. po nas...kolejka jak w Kwiatach Polskich na
struga. Jajka, kawa, litr wody na łebka, bekon, pankejki i standardowo...pyry,
a dokładniej talerz startych, smażonych ziemniaków ;). Ok, ile można o
śniadaniach, prawda?. Ale w końcu to blog o jedzeniu w podróży (też) i może
ktoś odwiedzi Pantier?.
Route 66 zaliczona, czas na zaliczenie Highway 1, Pacific 1, California 1 - niepotrzebne skreślić. Przez kolejne godziny, aż do San Francisco, będzie nam towarzyszyć zielona tabliczka w kształcie (imho) kostki do gry na gitarze, z białą jedynka. To kolejna kultowa trasa w Stanach, zupełnie inna niż Mother Road, wijąca się wzdłuż wybrzeża z cudnymi widokami na ocean. Zanim dotrzemy do pierwszego przystanku zaliczamy wszystkich świętych. Dosłownie. Santa Monica, Santa Barbara, Santa Maria, San Jose...aż do San Francisco. All Stars. All Saints :). Była sobota, więc po drodze wraz z milionem palm mijaliśmy miliony joggerów biegających stadami. Sama zaczęłabym biegać jakbym mieszkała w Santa Monica czy innym Malibu:). Kasia i Jameel skorzystali z tej przyjemności, za co nadal patrzę na nich z podziwem ( 5 rano?!?!). Przez dłuższą chwilę jechaliśmy przez różne miasteczka nieco oddalone od linii brzegowej, co było lekkim rozczarowaniem dla mnie, ale szybko wróciliśmy na klify. Przystanek Morro Bay. Urocze miasteczko, kolorowe domki, pomosty, żaglówki, a w oddali dźwięk uchatek kalifornijskich (lwów morskich). Można statkiem, żaglówką czy innym pojazdem wodnym podpłynąć na wysepkę, która okupowały te śmieszne dziwolągi. Mimo pięknej pogody, moi towarzysze podroży jak zawsze ochronili mnie przed moja ornitofobia usiedliśmy w osłoniętej knajpce z widokiem na zatokę. Słońce przygrzewało coraz mocniej. Nie zjeść rybki nad Bałtykiem to grzech, a jeszcze większy w Morro Bay, dlatego każdy z nas zamówił cos z omega 3:). Makaron z rybą, kanapka z rybą, sama ryba, coś na orzeźwienie i w drogę. Obok jeszcze fotka na Morro Rock z widokiem na miasteczko i sesja zdjęciowa naszego Michaela Jordana na pobliskim boisku do kosza, które Jameel kazał mi fotografować wszędzie, gdzie tylko dosięgnął je wzrokiem:).
Słońce obniżyło swoją pozycję, jedziemy już wyłącznie wzdłuż wybrzeża, a przed nami coraz więcej piętrzących się klifów. Po drodze zauważyliśmy jakiś punkt widokowy, przy którym gromadziło się sporo ludków. To musiało być coś ciekawego. Hamulec, wsteczny, jedynka, stop. Naszym oczom ukazała się plaża, a na niej ze dwie setki lwów morskich. Wyglądało to trochę jak miejsce masowego samobójstwa, bo dopóki się nie przyjrzałam ciężko było stwierdzić czy te zwierzęta na pewno żyją! Żyły. Wszystkie:) co jakiś czas przetaczały się po sobie, inne się kłóciły (albo wręcz przeciwnie). Generalnie prowadzą dosyć ubogie życie towarzyskie, a może właśnie bogate, bo wszystkie wyglądały jak w drugiej scenie Kac Vegas. Głęboki kac po dobrej imprezie. Keep calm and lay down.
Kolejny przystanek wymusiła potrzeba, z którą się nie da negocjować - zmęczenie. Długo, długo nic, hamulec, pisk opon, lewo, stop. Moja potrzeba była jednak silniejsza. Chwyciłam torbę i pobiegłam na tyły pobliskich bungalowów. A tam...już tylko ja, zachód słońca, klify, ocean i ON. Zdjęcie za zdjęciem. Jak ja kocham te banalne zachody słońca...dopiero po 10 min. zauważyłam, że za mną siedzą ludki romantycznie wpatrując się (próbując) w pejzaż przy lampce wina. No cóż, jak przystało na japońskie dziecko, trochę popsułam ten nastrój dźwiękiem migawki. Potrzeba zaspokojona. Wracając do auta spotkałam Mrówkę, którą pokazała mi miejsce przeznaczone na taras widokowy ;). No cóż, jak się człowiek spieszy...Nastała ciemność. To właśnie moment, którego bardzo zapluję. Otóż rozpoczął się najbardziej malowniczy odcinek 'jedynki', a wraz z nim nastała ciemność...trzeba będzie wrócić.
San Francisco przywitało nas typowym widokiem z pocztówek 'city by night'. Szybko znaleźliśmy hotel w centrum. Wykończeni, ale wciąż nienacieszeni sobą, jak co wieczór, spotkaliśmy się na podsumowanie dnia i omówienie planu na kolejny. Już nie wiem od kogo padło 'może jeszcze piwko'?, ale wiem, że dalej nic nie pamiętam ;). Pokonani przez California 1. Na dziś to koniec.
Route 66 zaliczona, czas na zaliczenie Highway 1, Pacific 1, California 1 - niepotrzebne skreślić. Przez kolejne godziny, aż do San Francisco, będzie nam towarzyszyć zielona tabliczka w kształcie (imho) kostki do gry na gitarze, z białą jedynka. To kolejna kultowa trasa w Stanach, zupełnie inna niż Mother Road, wijąca się wzdłuż wybrzeża z cudnymi widokami na ocean. Zanim dotrzemy do pierwszego przystanku zaliczamy wszystkich świętych. Dosłownie. Santa Monica, Santa Barbara, Santa Maria, San Jose...aż do San Francisco. All Stars. All Saints :). Była sobota, więc po drodze wraz z milionem palm mijaliśmy miliony joggerów biegających stadami. Sama zaczęłabym biegać jakbym mieszkała w Santa Monica czy innym Malibu:). Kasia i Jameel skorzystali z tej przyjemności, za co nadal patrzę na nich z podziwem ( 5 rano?!?!). Przez dłuższą chwilę jechaliśmy przez różne miasteczka nieco oddalone od linii brzegowej, co było lekkim rozczarowaniem dla mnie, ale szybko wróciliśmy na klify. Przystanek Morro Bay. Urocze miasteczko, kolorowe domki, pomosty, żaglówki, a w oddali dźwięk uchatek kalifornijskich (lwów morskich). Można statkiem, żaglówką czy innym pojazdem wodnym podpłynąć na wysepkę, która okupowały te śmieszne dziwolągi. Mimo pięknej pogody, moi towarzysze podroży jak zawsze ochronili mnie przed moja ornitofobia usiedliśmy w osłoniętej knajpce z widokiem na zatokę. Słońce przygrzewało coraz mocniej. Nie zjeść rybki nad Bałtykiem to grzech, a jeszcze większy w Morro Bay, dlatego każdy z nas zamówił cos z omega 3:). Makaron z rybą, kanapka z rybą, sama ryba, coś na orzeźwienie i w drogę. Obok jeszcze fotka na Morro Rock z widokiem na miasteczko i sesja zdjęciowa naszego Michaela Jordana na pobliskim boisku do kosza, które Jameel kazał mi fotografować wszędzie, gdzie tylko dosięgnął je wzrokiem:).
Słońce obniżyło swoją pozycję, jedziemy już wyłącznie wzdłuż wybrzeża, a przed nami coraz więcej piętrzących się klifów. Po drodze zauważyliśmy jakiś punkt widokowy, przy którym gromadziło się sporo ludków. To musiało być coś ciekawego. Hamulec, wsteczny, jedynka, stop. Naszym oczom ukazała się plaża, a na niej ze dwie setki lwów morskich. Wyglądało to trochę jak miejsce masowego samobójstwa, bo dopóki się nie przyjrzałam ciężko było stwierdzić czy te zwierzęta na pewno żyją! Żyły. Wszystkie:) co jakiś czas przetaczały się po sobie, inne się kłóciły (albo wręcz przeciwnie). Generalnie prowadzą dosyć ubogie życie towarzyskie, a może właśnie bogate, bo wszystkie wyglądały jak w drugiej scenie Kac Vegas. Głęboki kac po dobrej imprezie. Keep calm and lay down.
Kolejny przystanek wymusiła potrzeba, z którą się nie da negocjować - zmęczenie. Długo, długo nic, hamulec, pisk opon, lewo, stop. Moja potrzeba była jednak silniejsza. Chwyciłam torbę i pobiegłam na tyły pobliskich bungalowów. A tam...już tylko ja, zachód słońca, klify, ocean i ON. Zdjęcie za zdjęciem. Jak ja kocham te banalne zachody słońca...dopiero po 10 min. zauważyłam, że za mną siedzą ludki romantycznie wpatrując się (próbując) w pejzaż przy lampce wina. No cóż, jak przystało na japońskie dziecko, trochę popsułam ten nastrój dźwiękiem migawki. Potrzeba zaspokojona. Wracając do auta spotkałam Mrówkę, którą pokazała mi miejsce przeznaczone na taras widokowy ;). No cóż, jak się człowiek spieszy...Nastała ciemność. To właśnie moment, którego bardzo zapluję. Otóż rozpoczął się najbardziej malowniczy odcinek 'jedynki', a wraz z nim nastała ciemność...trzeba będzie wrócić.
San Francisco przywitało nas typowym widokiem z pocztówek 'city by night'. Szybko znaleźliśmy hotel w centrum. Wykończeni, ale wciąż nienacieszeni sobą, jak co wieczór, spotkaliśmy się na podsumowanie dnia i omówienie planu na kolejny. Już nie wiem od kogo padło 'może jeszcze piwko'?, ale wiem, że dalej nic nie pamiętam ;). Pokonani przez California 1. Na dziś to koniec.
24h/7dni w tygodniu.
Malibu.
California 1
Palmy...
Więcej palm...
Sobotnie stada.
Santa Barbara.
Veteran's Day.
Morro Bay z widokiem na Morro Rock.
W roli głównej...
Jameel Jordan.
Subskrybuj:
Posty (Atom)