10/29/2013

Wigilia u Jeffa, czyli delikatna aklimatyzacja

Ciężko teraz ocenić czy to dobry ruch (bo może powinniśmy ostatnią wieczerzę okrasić schabowym), ale poszliśmy tropem maksymalnej aklimatyzacji. Kolację w wigilię wylotu zdecydowaliśmy spożyć już w trybie skrzydełkowo sandwichowym. Porcje w Jeff's mocno amerykańskie, ale obsługa mocno spolszczona, więc szoku po całości nie ma. Do Wawy non-stop dotarliśmy dzięki uprzejmości Kuby i Ani, którzy z własnej Woli i Ochoty przywieźli nas na ulicę Żwirki i Wigury. Zjedliśmy zatem ciepły posiłek w przesympatycznym towarzystwie sztuk 6. KiA już uciekli w stronę zachodu słońca, a my zaraz wracamy do hotelu Gromada Dom Chłopa. BTW - chodząc po korytarzu rozglądamy się w celu ujrzenia postaci gierkopodobnych. Towarzyszogierkopodobnych bo hotel mocno w takim klimacie. Przynajmniej na lotnisko mega blisko (fajny rym - przyp. red.). 
Kamil słuchając uważnie głosu własnego sumienia kupił whisky i colę, więc mamy niezbędne narzędzia żeby się odprawić online. Obyśmy zdołali wstać na samolot po tej odprawie. 

10/27/2013

Odliczanie cz. 2

To ostatnia niedziela. Ostatnia przed odlotem Boeinga z naszą wyjątkową bandą na pokładzie. Miron jak zwykle spokój, opanowanie, kontrola, trzeźwa ocena sytuacji. Co przy moim nadmiarze emocji i genetycznym reisefieber wkurza mnie podwójnie! Lista rzeczy do zrobienia/zabrania/kupienia rośnie wraz z poziomem adrenaliny w mojej krwi. Cytując mojego szefa "Miron ma zawsze rację" i rzeczywiście tym razem znów miał ;) - "wszystko opanowane, nie ma czym się stresować" (akurat!!!!). Jak na kulinarnych Amatorów-podróżników przystało słowo w temacie. Kraina hamburgerów szykuje czerwone dywany na nasz przyjazd, a my czyścimy lodówkę z przeterminowanych twarożków, dziwnie pachnącego mleka i wysychającego ogórka. Nasz sobotni obiad uratowała moja nieoceniona i przewidująca stan lodówki Mama. Niedzielny postanowiliśmy zaliczyć po zakupowym szale w tajskich klimatach. Jak zawsze Tom Yum w Hot Spoon wyśmienita, a sałatka z kaczką i druga z wołowiną i chilli...mniam. Pewnie niektórzy na naszym miejscu raczyli by się schabowym i mizerią, ale postanowiliśmy jeszcze potęsknić. Póki co ładujemy baterie, kompletujemy przewodniki, drukujemy rezerwacje, ostatnie pranie skarpet i w drogę. Pierwszy przystanek-Warszawa czyli trening przed stekowym maratonem-Jeffs.

Na pewno wszystko mamy?

10/23/2013

Final countdown part 1.


Aga: to takie nasze miejsce, które powstało z myślą o przeszłości w przyszłości. Nie możemy żyć bez jedzenia, podróży, a ja jeszcze bez fotografii . I z połączenia tych miłości powstała potrzeba zatrzymania kilku chwil. To takie nasze miejsce, w którym piszemy, co chcemy, jak chcemy, co akurat czujemy, co pamiętamy, co jemy i co widzimy. W erze społecznego ekshibicjonizmu, z potrzeby dzielenia się wrażeniami wszelakimi i z dobrowolnego poddania się nowym technologiom wspomniane chwile łapiemy przez bloga, a długopis i kajet chowamy do szuflady. Będzie nam miło jeśli zajrzycie, polubicie, a może nawet skorzystacie? To takie nasze miejsce. Po naszemu. O nas. 

Miron: co ja mogę więcej dodać jako człowiek zasłaniający dzień i noc zasłony w mieszkaniu chroniąc swoją prywatność (privacy)? Może tylko tyle, że wspólnie łapiemy tego pana bloga za nogi, przelewamy relacje na ekran, a sława i kasa przyjdą same. A ja postaram się też czasem trochę odsłonić te zasłony, może nawet bez pomocy alkoholu i innych środków odurzających. Cytując klasyka z Celebrity Deathmatch: Let's get it on!!!

Z prędkością myśliwca zbliżamy się do początku naszej podróży. Wymarzonej.