To ostatnia niedziela. Ostatnia przed odlotem Boeinga z naszą wyjątkową bandą na pokładzie. Miron jak zwykle spokój, opanowanie, kontrola, trzeźwa ocena sytuacji. Co przy moim nadmiarze emocji i genetycznym reisefieber wkurza mnie podwójnie! Lista rzeczy do zrobienia/zabrania/kupienia rośnie wraz z poziomem adrenaliny w mojej krwi. Cytując mojego szefa "Miron ma zawsze rację" i rzeczywiście tym razem znów miał ;) - "wszystko opanowane, nie ma czym się stresować" (akurat!!!!). Jak na kulinarnych Amatorów-podróżników przystało słowo w temacie. Kraina hamburgerów szykuje czerwone dywany na nasz przyjazd, a my czyścimy lodówkę z przeterminowanych twarożków, dziwnie pachnącego mleka i wysychającego ogórka. Nasz sobotni obiad uratowała moja nieoceniona i przewidująca stan lodówki Mama. Niedzielny postanowiliśmy zaliczyć po zakupowym szale w tajskich klimatach. Jak zawsze Tom Yum w Hot Spoon wyśmienita, a sałatka z kaczką i druga z wołowiną i chilli...mniam. Pewnie niektórzy na naszym miejscu raczyli by się schabowym i mizerią, ale postanowiliśmy jeszcze potęsknić. Póki co ładujemy baterie, kompletujemy przewodniki, drukujemy rezerwacje, ostatnie pranie skarpet i w drogę. Pierwszy przystanek-Warszawa czyli trening przed stekowym maratonem-Jeffs.
Na pewno wszystko mamy?
Wszystko fajnie, tylko nie napisaliście gdzie jedziecie
OdpowiedzUsuńWszystko w swoim czasie i po kolei;)
OdpowiedzUsuńHej!!! Widze ze Ciebie tez niesie hen hen! bede czekac az mnie w NZ odwiedzisz :) 3majcie sie I powodzenia :*
OdpowiedzUsuńWszystko! :-)
OdpowiedzUsuńMa być dużo zdjęć!
OdpowiedzUsuń"Wielki Widzew" - bohater pierwszego planu =)
OdpowiedzUsuń