11/05/2013

"Don't mess with Texas!"

Zasłużona szklaneczka Whisky na dobry sen i od razu noc w motelu staje się lżejsza. Wszyscy w stanie gotowoście na kolejne 900 km byli już o 6:30. Za rogiem słynna amerykańska sieciówka Denny's przywitała nas kawą i śniadaniem. Oczywiście razem z Kasią (ochrzczoną już jako Kachandra vel. Kachina) gimnastykowałyśmy się jak tu zamówić, żeby oszukać system. Wybrałyśmy zestaw na 1 osobę, ale do podziału. I znów kanapka z jajkiem nawet na pół okazała się jakimś żartem (to chyba jakieś JAJA!). Z trudem, ale poszło. Standardy obsługi amerykańskie: Jaqeenta-ciemnoskóra dama wyskoczyła z klasycznym zestawem pytań, skąd jesteście, co tu robicie. "Really?!?" -usłyszeliśmy. Swoją drogą zdziwienie wszystkich spotkanych lokalnych ludków jest zaskakujące, jakby turysta przemierzający kultową 66, znaną na całym świecie, był niespotykanym zjawiskiem. Jaqeenta podekscytowana naszym planem, przy każdym stoliku opowiadała, co takiego chcemy zrobić, jakby szukając potwierdzenia, że to szalony plan;). Jakby nie patrząc miała trochę racji.
Pierwsze miasteczko to El Reno, jedno z pierwszych na trasie, które wygląda na wymierające. Z każdą kolejną milą wiatr coraz bardziej bujał naszą srebrną strzałą. Nie mówiąc już co działo się po wyjściu na zewnątrz. Za to słońce pięknie prowadziło nas Drogą Matką tym razem do Clinton-kolejne muzeum Route 66. Godzina 10 rano, niedziela. CLOSED. No tak! Przecież dziś dopiero od 13! No trudno, nie pierwsze i nie ostatnie, a następne już za chwilę w Elk City. A ich oczom ukazał się ZNAK-gigantyczne 66 na tle błękitnego nieba wyglądało wyjątkowo symbolicznie. Route 66 Museum okazało się uroczym, zadbanym, kolorowym skansenem. Kasia celnie zauważyła-Jak w Dr. Queen! Ameryka czasów westernowych w pigułce. Mały kościółek, poczta, dentysta, saloon, a nawet apteka i warsztat. Wszystko oczywiście pozamykane, prócz nas po terenie szwędała się jeszcze  para amerykańskich emerytów. Żadnej prowizorki, zachowane najdrobniejsze szczegóły wraz z całym wyposażeniem każdego z budynków. Wiatr wysuszył nam oczy do łez! Po drugiej stronie prawdziwy market, czas na zaopatrzenie (głównie płyny).  






Pejzaż powoli przygotowuje nas na zmianę stanu. Przed nami kraina kowbojów i Georga W. Busha (a nawet dwóch). Ziemia mieniła się czerwienią, zieleń wysychała w oczach rozlewając się po rozpościerających się po horyzont pustkowiach. Fajna odmiana po złotej jesieni w klimacie Ilinois i Missouri. Trafiamy do ghost city Texola. Genialny klimat szalejącego wkoło wiatru wśród wysuszonych traw i piasku szurającego po pustych ulicach. Brak duszy żywej. Jedynie zawalające się, schowane między drzewami, drewniane budynki, zlewające się z okolicą. Dostrzegamy jednak jakieś oznaki życia na tej planecie. Kto mieszka w takiej okolicy?! Chyba nie chcę wiedzieć. Jeszcze symboliczne zdjęcie granicy stanu i w drogę. Wita nas napis 'Don't mess with texas'. Wciąż wieje niemiłosiernie, ale czujemy zdecydowane ocieplenie. Droga już nie jest oznakowana tak dobrze, jak w Missouri. Od Chicago jedziemy przepisowo, co na początku było dziwnym uczuciem, ale po kilku zatrzymaniach widzianych na trasie nikt nie narzeka. Rzeczywiście Policji jest sporo w każdym stanie, ale możemy depnąć ciut bardziej, gdyż ograniczenie zwiększyło się do 75m/h. Gwoździem programu jest dziś słynny Big Texan Steak Ranch, miasto w mieście, jedna z większych atrakcji Drogi 66. Tuż przed przejeżdżamy przez miasteczko McLean. Tankujemy na stacji, która przypomina bardziej domek z piernika, niż dystrybutory z benzyną. Jednak nic nie przebije muzeum drutu kolczastego(otwarte!), które dumę okolicy i nie tylko. BTST nie da się pominąć, na drodze conajmniej kilkanaście bilboardów z właścicielem w kowbojskim przebraniu i wielką liczbą 72oz. To właśnie tyle, czyli ok. 2 kg wołowiny czeka na śmiałków, którzy odważą się pochłonąć ten kawał krowy (wraz z sałatką, pieczonym ziemniakiem, krewetkami i bułką). Jeśli któryś z szaleńców zje cały posiłek w 60min firma stawia, a do tego (podobno) oklaski, certyfikat, przejażdżka limuzyną z bawolimi rogami itp. 1/6 daje radę. Trafiliśmy na takiego, co miał swoje 5 min. Opanowany, licznik nad głową tyka, stół na specjalńym podeście na środku sali zastawiony kubkami z napojami, a obok wiaderko...just in case;). Zamówiliśmy swoje krowy , ziemniaki, sałatki cesar i lokalne piwo obserwując odważnego. Wkoło mnóstwo ludzi, kelnerzy w strojach kowbojskich, na ścianach rogi jeleni czy innych, kuchnia otwarta, obok sklep z pamiątkami, drugi ze słodyczami, strzelnica, bar, generalnie wielkie przedsiębiorstwo, dobrze pomyślane, świetny marketing i choć kicz wylewał się z każdego zakamarka (czego symbolem była gigantyczna plastikowa krowa witająca gości na zewnątrz) to miejsce wyjątkowe i obowiązkowe. Aaa zapomniałam dodać, że facetowi udało się poskromić krowę i skończył przed czasem;). Nie było jednak całej tej szopki, którą nota bene opisywała Warakomska w swojej książce "Droga 66". Wręcz przeciwnie-przez przypadek zauważyliśmy, że skończył. Ale szacunek, bo przy wejściu jest budka z produktami składającymi się na wspomnianą ucztę-budzi respekt. Ok jeszcze pamiątki, pamiątki, pamiątki (z żadnego miejsca na świecie nie rajcują mnie pamiątki tak jak na route 66;), i mam to gdzieś, że niepotrzebne, kiczowate itp.;). Przed nami kolejna aktrakcja, ale Kamil vel Jamil postanowił uatrakcyjnić nam czas wcześniej. Bliskie spotkanie z plastikowym elementem wyposażenia auta. AŁA. Narobił nam strachu, ale skończyło się niegroźnie. Oto narodził się człowiek z blizną z Amarillo:). Kolej na opisywaną w każdym przewodniku Cadillac Ranch czyli 10 Cadillaców wbitych w ziemię na środku pustyni ( pewnie niektórzy reagują WTF?!;). Nie, nie są różowe, są platformą do wyrażenia siebie za pomocą  sprayów różnokolorowych (na legalu!!). Zgłosiliśmy nieprzygotowanie, ale dzięki setkom puszek leżących wkoło i uprzejmości meksykańskiej rodziny turystycznej wyraziliśmy siebie też.  Szczegóły tych wyrazów (przócz RTS I BLUERANK) pozostawię dla siebie;). "Rzeźbiarzem" jest słynny (również z innych dzieł większych i mniejszych) w całym Amarillo bogacz-performer. Taki lokalny Banksy w wieku emerytalnym.  Jak to ze sztuką bywa zdania co do "urody" tej popkultuowej instalacji są podzielone, ale tak czy inaczej wyglądała pieknie tuż przed zachodem słońca. Zaraz się ściemni więc chcemy zdążyć do Adrian-poómetek. 1329 mil za nami i przed nami!!! Mid Cafe zamknięta (oczywiście), poza tym wiele w Adrian nie ma. To jedno z tych wymierająco-wymarłych miejsc na trasie. Jest ich podobno ok. 300 tzw. ghost cities. Pamiątkowe zdjęcia przy tablicy i "szóstkach" obowiązkowo. Symbol symbolem pogania. Cel za celem, Route 66 zdobyta JUZ W POŁOWIE! Jest satysfakcja, a jak!! To naprawdę niesamowita podróż, pełna symboli ikon, historii. Obecnie bardzo zapomniana i niedoceniana "wśród swoich". Ale dzięki temu my możemy w spokoju kontemplować ją w całości i samotności. Ostatni punkt programu to Glenrio. Prawdziwe GHOST CITY jak z filmów Lyncha. Żwirowa droga przez pustkowia, szkielety opuszczonych domów, poczty, stacji benzynowej (bardzo dużo tu tych stacji było na 66). Podobno kiedyś wydawali tu nawet gazetę! Ciemno (czarno!), głusza dzwoni w uszach i te światła naszego auta oświetlające wyłaniające się z zarośli szkielety budynków. Chce ktoś nakręcić dobry horror? Zapraszam! Zatrzymaliśmy się przy jakimś domu z mini światełkiem, chciałam cyknąć fotkę (ale przez okno, nie ma mowy żebym wyszła!), nagle szczekanie psa spłoszyło mnie i pobudziło wyobraźnię tak, że przez kolejne 20 min drogi przez miasto duchów mój puls i ciśnienie pokazały na słupku MAX!. Tylko Kasia podzielała choć trochę mój niepokój, bo oczywiście naszych trwadzieli NIC to nie ruszyło (akurat!!). Już dawno nie czułam takiego szczęścia wjeżdżając na autostradę!;). W tych strasznych warunkach podobno przekroczyliśmy granicę. Wiamy w Nowym Meksyku. Przed nami Albuquerque i "ukochany" motel Super 8. Jutro jedziemy śladami filmu "Auta"-do ARIZONY. 



















1 komentarz: