11/02/2013

Chicago, Chicago!


Dom, hotel, taxi, Okęcie, LOT, Londyn, Heathrow, Terminal 1, United, Chicago, lotnisko O'Hare, metro, brown line, loop, red line, West Belmont, City Suites Hotel, Room 310-311...a to wszytsko w towarzystwie nie zgubionych (!), i przeciążonych walizek. Na lotniskach łatwo nie było. Prawdopodobnie podejrzanie wyglądająca Kasia została przekierowana do skanerowej tuby. Kamil, rzekomo zapomniał, że wiezie pół litra whiskey w podręcznym więc za karę przemacano mu wszystkie skarpety ( w walizce oczywiście). Człowieka o wyjątkowym imieniu przywitano w Londynie słowami: "Miron? Co to za dziwne imię?". Mnie podobne wątpliwe przyjemności ominęły, no może  za wyjątkiem spotkania oko w oko z pretendentem do nagrody Największego Gbura Wśród Urzędników Imigracyjnych. Sam lot (9,5h, Boing 767) przebiegł bez zarzutu, przy winku z plastikowej buteleczki (no dobrze, buteleczek) i Budwiserach. Z niewiadomych przyczyn dwa razy załapaliśmy sie nawet na gratiskwe kolejki;) W końcu odetchnęliśmy z ulgą, gdy zobaczyliśmy nasz hotel z ostatniego przystanku metra. Blisko to mało powiedziane. I w dodatku jak kolorowo! Naokoło powiewały tęczowe flagi, a w witrynach sklepowych roiło się od kostiumów halloweenowych (które okazały się sklepami dla ludzi z FANTAZJĄ;))Hotel, okolica, lokalizaja mocne 8,5/10. Nie bylibyśmy sobą nie wspominając czym pysznym przywitała nas Ameryka. Bynajmniej nie były to steki, burgery czy inne pankejki. Ania i Kuba, którzy także zahaczyli o Chicago w tym samym czasie, co my, przywitali nas w kilmatach kostarykańskich. Nie mając zielonego pojęcia, co jedzą na Karaibach, udaliśmy się wspomnianą brown/red line do źródeł. Jako, że Chicago to po Wawie drugie co do wilekości polskie miasto na świecie nie mogliśmy ominąć tej enklawy jaką jest Jackowo. Kuba smsowo doprowadził nas na słynną Milwoakee Av. Irazu-tak nazywała się zareklmendowala przez tubylca knajpa, w której czekali na nas Kuba z Anią i kilka czteropaków lokalnego piwa (btw dziekujemy!;). Jak się okazało Irazu wychdzi frontem do klienta-przynieś swój alkohol, a podamy Ci do niego kubełki z lodem;). W tak miłej atmosferze, wymieniając się pierwszymi wrażeniami o Windy City zaczeliśmy studiować kartę z "niezawielemówiącymi" nazwami potraw. Udało się. Po drugim piwie wybory stają się prostsze;). Omar-Kelner z powołania dokładnie i zabawnie poopowiadał nam o naszych typach i podzielił się kilkoma rekomendacjami. Na zaostrzenie apetytu 2 przystawki. Głównym daniem postanowiłyśmy podzielić się z Kasią obawiając się, że nie damy rady jeśli porcje będą w rozmiarze US. Kawałki rib-eye z przepysznym karaibskim ryżem wymieszanym z czerwoną fasolą, jajkiem, smażonym bananem, ostrymi papryczkami dopełnione sałatą z vinegret. Dla mnie rewelacja. Lekkie, fajne smaki, niecodzienne danie w niecodziennym miejscu. Wieczór z karaibską kuchnią w polskiej dzielnicy Chicago - wspaniały;) Jet lag dał o sobie znać więc ze szklanymi od ziewania oczami wróciliśmy na zamek Belmont;). Przed nami eksploracja centrum Chicago czyli poszukiwanie Gluta. C.D.N. Zdjęcia wkrótce.
Irazu. Kostarykańska knajpa na Milwaukee Ave. Chicago.

Dzień 2. Chicago. C.D.N.

3 komentarze:

  1. czekamy na ten CDN z niecierpliwością...:) buziaki
    Marta

    OdpowiedzUsuń
  2. Aga - no wszystko pięknie... ale "Boing"? "Boing" to taki dźwięk w komiksach :P

    OdpowiedzUsuń