12/04/2013

Skok w bok czyli Viva Las Vegas!


Tego dnia, czyli dnia z Wielkim Kanionem, gdy emocje już opadły, wsiedliśmy do naszej srebrnej strzały z zajadami od śmiechu i opuściliśmy teren Indian Navajo. To było COŚ. To miejsce zdecydowanie nie jest przereklamowane. Miron przypomniał sobie jeszcze o jakiejś słynnej tamie po drodze. Tama Hoovera, tak nazywał się ten cud inżynierów. W momencie, gdy dojechaliśmy na miejsce było już ciemno, więc zwiedzanie i oglądanie mijało się z celem. Pamiętam natomiast jak wysiedliśmy na chwilę z auta i uderzyło mnie przyjemne ciepło. Nareszcie. Wkraczamy w strefę ciepła:). Przed nami miejsce rozrzuty i rozpusty, które przywitało nas miliardem migających światełek. Na wjeździe do miasta co rusz wyrastają nowe, dopiero budowane hotele, które przy tych pełnych i mrugających wyglądały jakby zapomniały zapłacić rachunki za prąd. Bookując hotel specjalnie wybraliśmy jeden z bardziej kiczowatych, by poczuć klimat tego miejsca, do którego zjeżdżają się o każdej porze roku miliony turystów. Wesołe miasteczko dla dorosłych, po środku pustyni. Fenomen. Kilka godzin temu delektowaliśmy się pięknem natury w ciszy i spokoju, dlatego gdy dojechaliśmy pod hotel w Las Vegas poczułam się jak dziecko z buszu. Co 3 sekundy podjeżdżało nowe auto z turystami ciągnącymi tabuny walizek. Parkingi były wielkości Manufaktury i długości Piotrkowskiej! A to tylko jeden z 3 budynków należących do hotelu. Lobby wielkości boiska do piłki nożnej, a w nim 20 stanowisk do check-inu. Poczta Główna tyle nie ma! W kolejce do zameldowania czekaliśmy dobre 20 minut. Sukces! Niestety nie udało się zabookować pokoi obok siebie, co okazało się zgubne na Kachiny. Umówiliśmy się w pokoju u Kamila na małe before party. Problem w tym, że Kaśka zagubiła nam się w akcji. Zaczęliśmy się denerwować, tel. w pokoju już nie odpowiadał. Idzie?? Tak, dotarła, zziajana, bo z łatwo nie było;) Hotel przerósł naszą Kasię, a raczej jego ogrom i skomplikowany układ części wspólnych budynku. Nie, nie można wjechać windą na każde piętro. Nie, nie można dojść jednym korytarzem z budynku do budynku. Nie. Najpierw próbowała sama pokonać labirynt, którego każda droga prowadziła do... kasyna. Oczywista oczywistość. W Ikei też nie tak łatwo wrócić do wyjścia. W Saturnie też musisz przejść przez żelazka i dvd, żeby dojść do kasy nawet jeśli wszedłeś po baterie do pilota. Po kilkunastu minutach krążenia po terenie nieznanym natrafiła na pomocnego mężczyznę (dlaczego mi się kojarzy, że był to policjant?), który zlitował się nad zagubioną duszyczką;). Pokazał jej drogę i tak szczęśliwie zdążyła na ostatnią butelkę S. Adamsa. Byliśmy dumni:) i skorzystaliśmy chwilę później szukając jedzenia, bo Kasia co chwila wspominała "o, już tu byłam!":)). Dobrze, że nie porwał jej jakiś jankes...
Hotel nazywał się Circus Circus i był połączeniem centrum handlowego z food courtem, cyrku (kolejka górska w środku i występy cyrkowców!), kasyna, hotelu, wedding chapel i zagłębia dudniących dyskotek rodem z wybrzeża Turcji. Po tygodniu jazdy przez pustynie i wymarłe miasteczka na chwilę wróciliśmy do cywilizacji. Znaleźliśmy jakieś miejsce na wieczerzę. Skrzydełka, od których męska część wyprawy popaliła sobie usta, najlepszy hamburger jaki kiedykolwiek jadłam, przesłodzona cola, fura frytek i szampan od K&K. Typowa amerykańska uczta, ale mieliśmy co świętować ;). Baterie naładowane to teraz byliśmy już gotowi na przepuszczenie wszystkich oszczędności! A co! Raz się żyje! Do odważnych świat należy i takie tam:) Mhm, oczywiście...pojechaliśmy do Cesar Palace w poszukiwaniu przygód godnych Kac Vegas. Przed wejściem limuzyny, a w środku miliardy ludzi w każdym wieku i każdej narodowości. Czuliśmy się dość nieswojo i dość nieśmiało stąpaliśmy po wzorzystych wykładzinach w poszukiwaniu 'niewiadomoczego'. Ok, może nie jest to obrazek z filmu "Casino", ale też jest ciekawie :). Rodzajów maszyn do gier nie sposób było policzyć. A my z Kaśką chciałyśmy jak na filmach, kubeczek z ćwierćdolarówkami, wygodny stołeczek i drink z palemką, by uprzyjemnić sobie czekanie na życiową wygraną. Dla tubylców musieliśmy wyglądać zabawnie, ale tu nikt na nikogo nie zwracał uwagi. Tu się gra psze Państwa! Ok, zebraliśmy się w sobie i na pierwszy strzał poszedł Miron. One dollar in i...6 dollars out! (farciarz jak zwykle, szkoda, że w domu, w totka nie ma takiego szczęścia!). Nieco ośmielone wzięłyśmy głęboki wdech i wrzuciłyśmy po dolarze. Nic. Kolejnym. Nic. Nie wciągnęło nas. Raczej zezłościło i rozczarowało. Nastąpił lekki foch. Z tymi kubeczkami to jakaś lipa. Ale w końcu znalazłyśmy jakieś maszyny, których można było wykonać więcej akcji za mniejsze pieniądze (drobniaki). Wynik: 14centów (ja) i 15centów (Mrówka-tak, tak wygrałaś;). Kamil natomiast przez cały czas szukał zwykłej ruletki (cokolwiek to znaczy) i nie znalazł. I tak z lekkim niedosytem i nieco rozczarowani zakończyliśmy nasz SZALONY wieczór. Przed snem jeszcze spacer między hotelami prześcigającymi się w kiczowatych dekoracjach, ilości pięter i migających światełek na metr kwadratowy. Spacer zakończyliśmy pod słynnym z "Ocean's Eleven" hotelem Bellagio czekając na tańczącą fontannę. Prawie jak we Wrocławiu, z tą różnicą,  że ta tańczyła oczywiście do hymnu USA. Brakowało tylko przelatujących F16, 'śnieżnobiałozębnych'  cheerleaderek i amerykańskiej flagi na niebie. Ameryka Panie! Żeby ją kochać, trzeba mieć do niej dystans:). Kochamy.
Skok w bok zaliczony. Jutro wracamy na łono natury. Route 66 ciąg dalszy.





Witamy w Cyrku.



 Check in.
 Szyby do umycia, ale widok niczego sobie.


 Jestę mięsożercę.
 ?!!??!
 Wypijmy za...
Najlepszy.
  Get the party started!
 Cezar i...

 Bring it on!
 Szczęściarz czy farciarz? Jestem Zwycięzcą.

 Może nie życiowa, ale zawsze wygrana. Na waciki.
 Kac Vegas.







 Bellagio.
 Gdzie ten Clooney?
I Pitt?

Welcome to Arizona. Have a nice day.

Z Albuquerque wyjechaliśmy tak wcześnie  poszukiwaniu śniadania, że uratował nas jedynie McDonald's (wstyd!). Pogoda przepiękna, słońce grzeje coraz bardziej, za nami góry, przed nami pustynia. Im dalej na zachód tym bardziej zaczyna się zmieniać krajobraz, gdzieniegdzie wyrastają góry typu 'mesa', z płaskimi wierzchołkami. 66 prowadzi nas raz autostradą, raz swoim oryginalnym przebiegiem wijąc się między górami. Najbliższy przystanek Gallup-stolica Indian, tu zbierają się i świętują wspólnie wszystkie plemiona. Rozglądam się naiwnie szukając wodza w okazałym pióropuszu  lub chociaż jakiejś Pokahontaz, ale w zamian za to znajduję indiańskiego Kolesia w adidasach i upaćkanej koszulce Smith Constructios i indiańską Facetkę z iPhonem w pikapie popijającą colę z kubka XXXXL. WTF?! A gdzie Jęcząca Strzała i Mknąca Sarna!? ( czy tam odwrotnie;). Gdzie znaki dymne i inne Tomahowki? Ech. Jedyną namiastką indiańskiej kultury są wszechobecne rękodzieła indiańskie we wspomnianych 'trading posts' na trasie. No cóż. Gallup to biedne miasteczko, jest tu mnóstwo indiańskich sklepików (na które nie mamy czasu). Obowiązkowym punktem w tym historycznym miejscu jest słynny hotel El Rancho, który gościł tyle znanych gwiazd, że sam już powinien świecić! W środku hmm...jeśli ktoś lubi wypchane zwierzęta, wzorzyste dywany, kilimy i zapach starego drewna z 1930 będzie zachwycony. Ciekawy klimat. Choć spory kontrast przy tych biednych indiańskich sklepikach. Czas na obiad, spontaniczny skręt w lewo i wita nas meksykańska knajpa Sombrero. Nie wiem czy jadłam -śmy lepsze meksykańskie jedzenie! Sopapijja, nachos, sosy, buritos. Nawet  tradycyjna cesar salad była genialna!!! 10 punktów. Na 10 oczywiście. Najedzeni ruszyliśmy w drogę. Słońce przygrzewa, ale  zimny wiatr nie daje się nim w pełni nacieszyć. W końcu trafiliśmy do Lupton. To tu znajduje się granica stanów Nowy Meksyk i Arizona. Oczywiście wpadliśmy do sklepu po pamiątki i magnesiki, magnesiki, a Miron szuka większej lodówki ;P. Zanim zaszło słońce Kamil zdobył punkt skręcając spontanicznie do krateru, który znajdował się w Two Guns, AZ. Droga do niego prowadziła jak do strefy 51, a może to mnie poniosła wyobraźnia, w każdym razie biegła przez pustkowia, układając się w serpentyny. Zdążyliśmy przed zamknięciem. Chyba żadna dziura nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak ta;). Nawet gmina Kleszczów ze swoją kopalnią odpada w przedbiegach! Krater po meteorycie sprzed 50tyś. lat. WOW. Po ciemku dojeżdżamy do Flagstaff znanym jako Brama do Wielkiego Kanionu. To stąd tłumy turystów wyjeżdżają podziwiać ten cud natury. My zgodnie z książką p. Orlińskiego wybraliśmy inną bazę wypadową. Zdecydowanie spokojniejszą. We Flagstaff zrobiliśmy małe zakupy (niezbędne;), zajrzeliśmy na stare miasto (przepiękne, jak z filmów!) i uderzyliśmy prosto do Peach Springs, gdzie kończymy dzień przed wielkim uderzeniem. Hotel przywitał nas dosyć oryginalnie, ale o tym innym razem. Należy do plemienia Hualapai i tak też się nazywa. Samo Peach Springs było pierwowzorem Chłodnicy Górskiej (Auta) i miałam wrażenie, że jest na końcu świata. Głucho. Ciemno. Mroźno. Oto ono. Miasteczko jest tak małe, że tu wydarzeniem jest nawet otwarcie bankomatu, na które zapraszały nas ulotki w wielkim, indiańskim holu:). Pokoje również były z akcentem indiańskim, więc i uczcić trzeba było wieczór czymś lokalnym. Piwo Grand Canyon przed snem i ładujemy baterie na jutro. Zapowiada się kolejeny dzień pełen wrażeń. 

 Nowy Meksyk. Okolice Mesita.

 Nowy Meksyk.

 Uwaga (na) Steki.

 Route 66. C.D.

 Chwila dla fotoreportera.

 Opportunities.

 Santa Fe.


Jeden z tysiąca tzw. Trading post. 1295 stóp nad poziomem morza.


 Gallup. Słynny hotel El Rancho. Przystanek obowiązkowy.

 El Rancho.

 Gallup, NM.

 Gallup, NM.

 W stronę Arizony. Skok w bok.






 Lupton. Na granicy.



 Arizona.

 Prawie jak strefa 51. Droga na krater.



 Two Guns, Arizona. Krater sprzed 50 000 lat.


Flagstaff, AZ. Brama do Wielkiego Kanionu.