12/04/2013

Welcome to Arizona. Have a nice day.

Z Albuquerque wyjechaliśmy tak wcześnie  poszukiwaniu śniadania, że uratował nas jedynie McDonald's (wstyd!). Pogoda przepiękna, słońce grzeje coraz bardziej, za nami góry, przed nami pustynia. Im dalej na zachód tym bardziej zaczyna się zmieniać krajobraz, gdzieniegdzie wyrastają góry typu 'mesa', z płaskimi wierzchołkami. 66 prowadzi nas raz autostradą, raz swoim oryginalnym przebiegiem wijąc się między górami. Najbliższy przystanek Gallup-stolica Indian, tu zbierają się i świętują wspólnie wszystkie plemiona. Rozglądam się naiwnie szukając wodza w okazałym pióropuszu  lub chociaż jakiejś Pokahontaz, ale w zamian za to znajduję indiańskiego Kolesia w adidasach i upaćkanej koszulce Smith Constructios i indiańską Facetkę z iPhonem w pikapie popijającą colę z kubka XXXXL. WTF?! A gdzie Jęcząca Strzała i Mknąca Sarna!? ( czy tam odwrotnie;). Gdzie znaki dymne i inne Tomahowki? Ech. Jedyną namiastką indiańskiej kultury są wszechobecne rękodzieła indiańskie we wspomnianych 'trading posts' na trasie. No cóż. Gallup to biedne miasteczko, jest tu mnóstwo indiańskich sklepików (na które nie mamy czasu). Obowiązkowym punktem w tym historycznym miejscu jest słynny hotel El Rancho, który gościł tyle znanych gwiazd, że sam już powinien świecić! W środku hmm...jeśli ktoś lubi wypchane zwierzęta, wzorzyste dywany, kilimy i zapach starego drewna z 1930 będzie zachwycony. Ciekawy klimat. Choć spory kontrast przy tych biednych indiańskich sklepikach. Czas na obiad, spontaniczny skręt w lewo i wita nas meksykańska knajpa Sombrero. Nie wiem czy jadłam -śmy lepsze meksykańskie jedzenie! Sopapijja, nachos, sosy, buritos. Nawet  tradycyjna cesar salad była genialna!!! 10 punktów. Na 10 oczywiście. Najedzeni ruszyliśmy w drogę. Słońce przygrzewa, ale  zimny wiatr nie daje się nim w pełni nacieszyć. W końcu trafiliśmy do Lupton. To tu znajduje się granica stanów Nowy Meksyk i Arizona. Oczywiście wpadliśmy do sklepu po pamiątki i magnesiki, magnesiki, a Miron szuka większej lodówki ;P. Zanim zaszło słońce Kamil zdobył punkt skręcając spontanicznie do krateru, który znajdował się w Two Guns, AZ. Droga do niego prowadziła jak do strefy 51, a może to mnie poniosła wyobraźnia, w każdym razie biegła przez pustkowia, układając się w serpentyny. Zdążyliśmy przed zamknięciem. Chyba żadna dziura nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak ta;). Nawet gmina Kleszczów ze swoją kopalnią odpada w przedbiegach! Krater po meteorycie sprzed 50tyś. lat. WOW. Po ciemku dojeżdżamy do Flagstaff znanym jako Brama do Wielkiego Kanionu. To stąd tłumy turystów wyjeżdżają podziwiać ten cud natury. My zgodnie z książką p. Orlińskiego wybraliśmy inną bazę wypadową. Zdecydowanie spokojniejszą. We Flagstaff zrobiliśmy małe zakupy (niezbędne;), zajrzeliśmy na stare miasto (przepiękne, jak z filmów!) i uderzyliśmy prosto do Peach Springs, gdzie kończymy dzień przed wielkim uderzeniem. Hotel przywitał nas dosyć oryginalnie, ale o tym innym razem. Należy do plemienia Hualapai i tak też się nazywa. Samo Peach Springs było pierwowzorem Chłodnicy Górskiej (Auta) i miałam wrażenie, że jest na końcu świata. Głucho. Ciemno. Mroźno. Oto ono. Miasteczko jest tak małe, że tu wydarzeniem jest nawet otwarcie bankomatu, na które zapraszały nas ulotki w wielkim, indiańskim holu:). Pokoje również były z akcentem indiańskim, więc i uczcić trzeba było wieczór czymś lokalnym. Piwo Grand Canyon przed snem i ładujemy baterie na jutro. Zapowiada się kolejeny dzień pełen wrażeń. 

 Nowy Meksyk. Okolice Mesita.

 Nowy Meksyk.

 Uwaga (na) Steki.

 Route 66. C.D.

 Chwila dla fotoreportera.

 Opportunities.

 Santa Fe.


Jeden z tysiąca tzw. Trading post. 1295 stóp nad poziomem morza.


 Gallup. Słynny hotel El Rancho. Przystanek obowiązkowy.

 El Rancho.

 Gallup, NM.

 Gallup, NM.

 W stronę Arizony. Skok w bok.






 Lupton. Na granicy.



 Arizona.

 Prawie jak strefa 51. Droga na krater.



 Two Guns, Arizona. Krater sprzed 50 000 lat.


Flagstaff, AZ. Brama do Wielkiego Kanionu.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz