Dzień czwarty nauczeni doświadczeniem dnia poprzedniego rozpoczęliśmy, jak na moje standardy, nieprzyzwoicie wcześnie: zbiórką o 6.30. Nikt z załogi nie protestował - chcieliśmy jak najwięcej zobaczyć za dnia, bo nocą to fajnie wyglądają tylko ghost cities. Co więcej, dziewczyny przerażone Lynchowskim klimatem naszego motelu o paradoksalnej nazwie Super 8, wydawały się nawet ucieszone wczesną ewakuacją. Jamil i ja, jako wytrawni gangsterzy pozostaliśmy niewzruszeni. Pierwszym punktem programu obowiązkowego była jadłodajnia (to chyba najbardziej trafne określenie po polsku tego miejsca) Eat-Rite na Drodze 66 jeszcze w St. Louis. Jadłodajnia po polsku pewnie kojarzy się niespecjalnie, więc w najlepszym razie bar. Aga jako kierowniczka wycieczki i autorytet merytoryczny ds Route 66 uprzedziła nas, że może być grubo. No i nie kłamała :D niepozorna budka stojąca przy skrzyżowaniu serwuje chyba najsłynniejsze śniadania na całej R66, a może i w całych Stanach. W środku total old school: menu na tablicy świetlnej na ścianie pisane pewnie kilkadziesiąt lat temu, stara lada barowa z wysokimi stołkami na jakieś 12 osób, mega stara maszyna sprzedająca papierosy, flippery z drewnianymi (!!!) obramowaniami i szafa grająca sprzed x lat. Jamil jak każdy Afroamerykanin jest bardzo muzykalny, zatem włączył piosenkę zanim jeszcze zamówiliśmy jedzenie. Za barem uwijały się dwie starsze (lub najstarsze jeśli delikatnie tak to można ująć), aż po chwili jedna z nich podeszła do nas pytając co podać. My rozentuzajmowani jak dzieci w sklepie z zabawkami, panie pracujące tam kolejno 35 i 45 lat wyglądały na zblazowane. Tacy jak my pojawiają się tam dość często i fakt, że są znanymi postaciami w polskich książkach nie robi na nich wrażenia. We czwórkę zamówiliśmy takie same zestawy, czyli jajka sadzone, bekon, kiełbaski i tosty z masłem. Zerkając na niespieszne ruchy tej starszej lady, zostaliśmy zaczepieni przez siedzącego na początku baru pana koło 50tki. Nazywał się Woźniak i był lokalsem polskiego pochodzenia - jego babcia i ojciec byli Polakami. On sam znał tylko kilka podstawowych słów, w tym oczywiście te niecenzuralne. Czekając na jedzenie opowiedzieliśmy naszą historię podróży i plan na całość. W rewanżu dowiedzieliśmy się co jest specjałem Eat-Rite (slingers, czyli ziemniaki podsmażane z jajkami i serem), jakie są okoliczne atrakcje do zwiedzenia i którędy dalej na 66. Śniadanie wciągnęliśmy z prędkością światła, jako że było naprawdę dobre, a dwójka czarnoskórych lokalsów podsłuchawszy nasze story, wychodząc życzyła nam good luck. Pojawił się też inny lokals, znajomy Woźniaka i też włączył się do konwersacji. Potem ochoczo zrobił nam fotkę z panem W. Takie spotkanie z przypadkowymi ludźmi to coś niezwykłego, my i pewnie pan W tak samo, mamy co wspominać. Panie kucharki pozostały obojętne do końca-może zawodowe pokerzystki? Wsiadając do auta spostrzegliśmy tablicę rejestracyjną innego pojazdu, na ktorym widniał napis: THEWOZ. Hmmm, ciekawe czyj to? :D
Cytujac jeden z klasyków muzycznych naszej eskapady, trzeba było "Hit the road Jack". Słońce świeciło od rana, więc tym bardziej nastroje pozytywne. Przemierzając Missouri mijaliśmy krajobraz podobny do bieszczadzkiego. Do tego potem obszar Meramec Caverns, czyli jaskiń gdzie m.in. ukrywał się słynny Jesse James. W miasteczku Rolla zatrzymaliśmy się w słynnym sklepie z pamiątkami, który jak każda atrakcja na trasie miał swój oryginalny klimat. Zaopatrzeni w niezbędne magnesy na lodówkę (btw ma ktoś do oddania jakąś starą, ale dużą lodówkę? Nie musi działać, ważne żeby utrzymywała na sobie pamiątkowe magnesy) skierowaliśmy się do miasta Bonnie i Clyde - Springfield, MO. Tam zdecydowaliśmy się zjeść obiad, a że byliśmy już bardzo głodni, wybraliśmy znaną nam z innych miast Ruby Tuesday. Co niektórzy złośliwie komentują naszą wyprawę, że nic nie robimy tylko "żremy" :D. Fakt jest taki, że meldujemy się podczas dłuższych przerw w podróży, które przeznaczamy na jedzenie. Tam zwykle trafiamy na Wifi, no i korzystamy. Porcje oczywiście są gigantyczne, ale jeszcze nie zdarzyło się nam zjeść kolacji, zatem jemy tylko dwa posiłki dziennie :)
Ruby Tuesday nie zawiodła: Jamil przez kolejne dni wychwala steka jakiego mu zaserwowano, moje żeberka bbq w akompaniamencie krewetek i asyście dodatków byly super, a dziewczynom ich dania też smakowały.
Posileni ruszyliśmy dalej. Celem było miasteczko na granicy trzech stanów Missouri, Kansas i Oklahoma: Galena. Tam przy drodze 66 jest słynna stacja benzynowa gdzie zastać można "Złomka" z filmu "Auta". Przywitaliśmy go staropolskim "Yooo Złooom", pamiątkowe fotki i w drogę (66). Minęliśmy Miami (a to nie miało być gdzieś na Florydzie???), Tulsę i przed wjazdem do Oklahoma City chcieliśmy jeszcze odwiedzić Rock Cafe w miasteczku Stroud. Korzystając z książkowych rekomendacji chcieliśmy poczuć klimat rocka w stylu Oklahoma. Zajechaliśmy tam około 21.00, więc jak na standardy pubów rockowych chyba nie aż tak całkiem późno. Okazało się, że zwykle zamykają o 15.00, a zdarza się, że i wcześniej o.o . Nie pozostało nic innego jak odpalić wroty aby ujrzeć wrota Oklahoma City. Motel America's Best Value Inn wyglądał jak na filmach, czyli recepcja w jednej części kompleksu, a pokoje na dwóch piętrach z wejściem od zewnątrz. Jamilowi i mnie się podobało, dziewczyny miały miny zdradzające spory\lekki* niepokój (*niepotrzebne skreślić). Whisky z colą z zapasów Jamila rozluźniły atmosferę i można było później iść spać. Spać szybko i intensywnie, bo następny dzień to przecież znowu pierdylion kilometrów do przejechania. Niebawem więcej zdjęć.







prosimy o podpisy pod zdjęciami, co to za dziursko wyrosło na Waszej drodze?
OdpowiedzUsuń:-)
OdpowiedzUsuńDziursko to: http://en.wikipedia.org/wiki/Meteor_Crater
OdpowiedzUsuńJeden z większych na świecie tego typu.
/Kamil
Dopiero co "ogarłę" się po jet lagu, a już Wam tak mega, mega zazdroszczę. Ahoj przygodo! Tanie paliwko majo co? :D
OdpowiedzUsuń