11/11/2013

Ostatnie uderzenie. California.


Ta noc była nasza! Szampan lal sie strumieniami, a mytarzaliśmy sie w naszych wygranych 6 dolarach i 29 centach total. Jak przystało na pokolenie Kac Vegas roztrwonienia pieniędzy dokonaliśmy na bogato czyli w Cesar Palacew samym epicentrum zła” ;). Następnego ranka odliczyliśmy sie wszyscy (nua!). Nikt nie zaginał, nikt nic/nikogo nie sprzedał, nikogo nieszukała/przywiozła policja, każdy stawił sie w kompletnym odzieniu wiec jak na Las Vegas było bardzo grzecznie (nuda!);). Z samego rana zmuszeni byliśmyopuścić ten przystanek rozpusty i ruszyć w dalsza podróż. Na początek tama Hoovera tzw. Hoover Dam,dzień i noc pilnująca, by rzeka Colorado trzymałapoziom. Póki co trzyma nieźle i przy okazji cieszy oko i budzi podziw swym ogromem. To po niej James Bondzjeżdżał w dół przy okazji jakieś walki ( nie pamiętam z kim). Po Hooverze niezwykle malowniczą droga wgórach, miedzy kanionami wróciliśmy na właściwy tor czyli na Route 66. Kierunek Oatman. Nazwa pochodzi od imienia dziewczynki porwanej przez Indian, a słynny(nieczynny)  Hotel gościł podobno H. Bogarta w noc poślubną. Droga do Oatman jak w Colin McRae, kręta, wąska, wysoko w górach, widoki wspaniale, aż tu nagle po kilku godzinach wyłania sie mieścina wielkości pasażu Shillera. Klimat jak ze starych  westernów, z tym,żsaloony zastąpiły sklepiki z pamiątkami, a kurtyzany i kowbojów...osły. Kilkadziesiąt osłów pozostawionych dawno temu przez górników zamieszkało właśnie tu. Sąu siebie i nikomu nie dają odczuć, że jest inaczej. Burros(to ich nazwa) są leniwe i charakterne. Zaczepiająturystów z nadzieja na cos do jedzenia. Jamil postanowił dokarmić swoich nowych przyjaciół i tym sposobem po 5 min. swoja miłość wyznała mu polowa stadawymuszając kolejne przysmaki. Każdy z nich podobno ma swoje imię o czym przekonaliśmy sie wchodząc do jednego ze sklepików. Jeden z burrosow zastawił namdrogę do wejścia, a właścicielka czule prosiła go bywyszedł i wpuścił nas, a za dobre zachowanie otrzymałpodziękowania. Taka sytuacja. Małe, ciche, bardzospowolnione miasteczko, a po jego jedynej ulicy snują się wspólnie turyści i lokalsi czyli burros. Niespotykane.Zbliżamy sie do granicy z ostatnim stanem. Zjechaliśmyz drogi za znakiem 66. Topock 66, tak nazywała sie knajpka, do której trafiliśmy. Bar nad wodą z hokerami wkształcie różnokolorowych tyłków. W końcu usiedliśmy na d...i przy rockowej muzyce zamówiliśmy tzw. chillidogi, po których siedzeń nam nie urwało. Fantastyczny klimat. Woda, przejeżdżający co chwila pociąg towarowy, zimne piwo i rockowe klasyki z głośników.Jesteśmy na granicy z Californią. Przed nami ostatni stan. Dziś wieczorem przywita nas Miasto Aniołów-Los Angeles. Po drodze jeszcze ostatnie przystanki na Drodze Matce. Słynna i wyjątkowo klimatyczna, Roy’sMotel i Cafe. W promieniu 100m jest rozpadająca się benzynowa, niedziałający Motel, wielki neon zapraszający kiedyś gości na przerwę i nocleg, a także poczta (!!!??). Oprócz tego cafe prowadzone przez niezbyt zadowolonego właściciela, któremu przeszkodziliśmy w zabawie telefonem. Szybka kawa i w drogę póki jasno. Zdecydowanie to miejsce swoje lata świetności ma już DAWNO za sobą. Po drodze mijamyBrawstowLudlow, San Bernardino i piękny zachód słońca. Klimat się zmienił, zrzuciliśmy kurtki i w miasto. Najpierw słynna hala Staples Center czyli taka nasza Atlas Arena:). Kamil jako fan Los Angeles Clippers ze szczęścia o mało co nie załkał. Tylko Kasia, która rozgrzewała się na poranny jogging w L.A. modliła się, by Kamil nie chciał od rana biegać 3 km wkoło hali! Mieliśmy tak wielkie szczęście, że trafiliśmy na koncert Seleny Gomez (?!?). Można się domyśleć jak bardzonieposiadaliśmy się z radości ;P. Piwo w Hooterswprowadziło nas jeszcze bardziej w klimat L.A. (a szczególnie chłopaków), a po drodze spotkaliśmy tłum ryczących nastolatek, które rzuciły się na samochód z Justinem Bieberem (czy ja go się pisze), który to przyjechał po swoją SelenęHehe welcome to L.A.












































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz